|
BLOG
25 stycznia 2012, 12:23
Jak powietrza...
Protesty i niepokój związany z możliwością wprowadzenia paktu ACTA ma wiele aspektów. Pierwszy mocno odczuwalny i werbalizowany dotyczy sprawy ogólnie pojętej wolności. Pamiętamy czasy gdy utrzymanie systemu wymagało zaawansowanych zabiegów kontroli korespondencji i kontroli treści przekazywanych przez media. Treści wówczas głównie drukowanych i przekazywanych poprzez kanał radiowy. Zasada była prosta - miejsca druku trzeba było tropić i fizycznie likwidować, inicjatorów, autorów i kolpolterów szukać, zatrzymywać, nękać. Listy miały postać fizyczną i było ich tyle, że można je było otwierać, czytać, sprawdzać. Informacje przekazywane z nadajników radiowych umiejscowionych poza granicami zagłuszano. Dodatkowo udało się zaszczepić w umysłach wielu rodaków świadomość, że tego typu kontrola i nadzór prowadzony przez państwo to coś normalnego i „tak musi być”. Na początku ery internetu wiele osób z pewnym niedowierzaniem dochodziło do świadomości, że można zaglądać do obcych serwisów i można swobodnie korespondować ponad granicami bez żadnych ograniczeń i kontroli, bez instytucji państwowego pośrednika. W latach kolejnych przyzwyczailiśmy się do tego faktu i co najważniejsze zaadaptowaliśmy sferę wirtualną jako nowy rynek, nową przestrzeń publiczną. Zaczęliśmy przestrzeni tej używać nie tylko jako uzupełnienie przestrzeni realnej, fizycznej, ale bardzo często jako głównej przestrzeni aktywności publicznej, prywatnej, politycznej, artystycznej, naukowej itp. Bardzo szybko uświadomiliśmy sobie rzecz niezwykłą, wcześniej niewyobrażalną, która zamyka się w powiedzeniu „Nie ma Ciebie w internecie, to znaczy, że nie istniejesz”. Myśl ta bardzo dobitnie wyraża znaczenie i sposób używania nowego kanału komunikacji we współczesnym świecie. Ta nowa przestrzeń komunikacyjna to nasze „powietrze życia społecznego”. Nie dziwi więc to, że wszelkie próby ograniczenia tej płaszczyzny kontaktów, wymiany myśli i przekazywania informacji traktujemy jako próbę mocnego ograniczania, społecznego ”duszenia”.
Jednym z argumentów za wprowadzeniem ograniczeń jest problem nie respektowania w przestrzeni wirtualnej praw autorskich. Czy projektowane ograniczenia to dobry sposób na kontrolę respektowania tych praw. Czy gdyby dostrzeżono, że tradycyjne biblioteki zawierają druki nielegalne, bez licencji, to zamknięto by całe księgozbiory? Działania, które mogłyby doprowadzić do zubożenia ilości obecnych w przestrzeni wirtualnej tekstów kultury byłyby działaniami wysoce szkodliwymi. Dziś internet umożliwia szeroko pojętą aktywność kulturową wszystkim, którzy tego chcą i potrzebują. Można być tylko odbiorcą, świadkiem, uczestnikiem poszczególnych jednostek kulturowych. Można też kreaować nowe teksty zgodnie z dobrze znaną w kulturze zależnością polegającą na tym, że jedne teksty stają się zaczynem powstawania nowych. Mamy więc narzędzie, które w bardzo efektywny sposób pobudza możliwe działania kreatywne. Problem poszanowania praw autorskich jest ważny i istotny, ale nie tędy droga naprawy obecnego stanu rzeczy. Jest to zresztą problem nie tylko prawny. Ważna jest też przemiana świadomości twórców i autorów oraz dostosowania tej świadomości do nowej wirtualnej przestrzeni publicznej. Wprowadzenie narzędzi bardzo restrykcyjnych odcina twórców od ich potencjalnych odbiorców a nie jest to chyba celem autorów. W tym temacie nie ma jednej uniwersalnej recepty uzdrawiającej. To temat trudny, zawiły i nie raz poddany jeszcze będzie dyskusjom. Istnieje jeszcze jeden aspekt oporu przeciwko wprowadzaniu zasad ograniczających przestrzeń wirtualną – w dodatku ten aspekt wydaje się tu najistotniejszy. Przestrzeń internetu to podstawowe dziś miejsce egzystencji instytucji czwartej władzy. Podstawowe, bo od jakiegoś czasu termin czwartej władzy nie jest już tylko i wyłącznie domeną mass mediów. Czwarta władza objawia się dziś głównie w zjawisku blogosfery. Tu, a nie w mediach, bo autorzy blogów w mniejszym stopniu podatni są na presję i naciski polityczne. Teoretycznie zniesiona została cenzura polityczna i nie ma jej. W jej miejsce weszły ograniczenia wynikające z układów finansowania mediów. Nie kąsa się przecież ręki, która karmi. To w blogach można demaskować rzeczywistość pokazując, że nie jest ona tak różowa jak ją rządzący i przychylne im media malują. Czy mogłaby więc dziwić pokusa wprowadzania uwarunkowań prawnych, których celem byłoby monitorowanie i kontrolowanie internetu, w tym blogosfery? Demokracji nie ustanawia się raz i na zawsze. Demokracja to proces, który wymaga nieustannych zabiegów wdrażania, krzewienia, uświadamiania, edukacji społecznej... O demokracji głośno mówi się, gdy odejść ma frakcja, która straciła poparcie społeczne. Później hasła demokratyzacji życia społecznego nie są już tak często przywoływane. Dążeniem każdego obozu władzy jest wdrażanie w życie własnych celów, teorii, tez, zasad, priorytetów. Dla każdego obozu władzy denerwujące mogą być głosy krytykującej opozycji, wypowiedzi ludzi myślących inaczej. Marzeniem wszystkich rządzących byłaby taka sytuacja, kiedy całe społeczeństwo przyjmuje akty władzy z ufnością, cierpliwością i nadzieją na lepsze jutro. Oczywiście rzeczywistość jest inna. Ale czy jest to powód do próby wprowadzenia uwarunkowań prawnych, które mogą otworzyć proces przywracania narzędzi państwa policyjnego? KOMENTARZE
1. 25 stycznia 2012, 23:04 Panie Pawle! Generalnie zgadzam się z Panem. Mam jednak wrażenie że mamy do czynienia z efektem procesu globalizacji ( Globalnej korporacji zarządzającej organizmami państwowymi) - czyli budowy Świata policyjnego ( nie państwa) . Myślę że "korporacje", finansjera która kontroluje już media doszła do wniosku że czas podporządkować sobie internet - nieprzyzwoicie niezależne medium. POstawa POlskiego rządu jest kuriozalna tak w tłumaczeniu cyberataków na strony rządowe jak i tego że ACTA trzeba podpisać, bo trzeba. Kiedyś w imię wolności prasy, telewizji krzyczałem "precz z komuną".Dzisiaj te media są w rękach " POSIADACZY".Chyba zacznę krzyczeć precz z POmuną. Dla zwolenników POmuny wyjaśniam - od rządu RP oczekuję traktowania mnie jak podmiotu - mądrego podmiotu z którym można i należy konsultować wszelkie umowy społeczne. 2. 25 stycznia 2012, 23:28 @Robert Pawliszko Dzięki za trafną uwagę. Rzeczywiście wdrażanie kontroli wynika z impulsu zewnętrznego. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że niegdyś komunistyczne społeczeństwa o systemach wzmocnionej kontroli wewnętrznej, ograniczającej wolność obywatelską też odbierały pewne dyspozycje z zewnątrz. Wtedy jednak łatwo było wskazać centrum dyspozycyjne, bo umiejscowione było w Moskwie. Dziś tak prosto nie ma i nie ma pewnie jednego centrum inicjującego wdrażanie systemów kontrolnych. No i jeszcze jedno. Zdarzało się dawniej, że niektóre społeczności przejawiały ogromną inicjatywę nie tylko we wdrażaniu tego co było zewnętrznym wymogiem. Kreacja metod zabezpieczania systemu wykraczała mocno ponad moskiewskie oczekiwania. Na przykładzie Czechów (i Słowaków, bo tworzyli wtedy jedno państwo) precyzyjnie opisał to Mariusz Szczygieł w książce "Gottland". Czy dziś głosząc potrzebę podpisywania w ciemno narzuconych zasad rząd nasz nie wykazuje podobnej nadgorliwości jak tamta w obawie przed gniewem Wielkiego Brata? DODAJ KOMENTARZ
|
AUTOR
ARCHIWUM BLOGA
KOMENTOWANE
CZYTANE
Karanie śmiercią (11) Jak powietrza... (2) KOMENTOWANE
CZYTANE
|
![]() |